Mandalaj jednoznacznie kojarzy mi sie z mnichami, niedaleko od miasta w Amarapura jest jedyne w calej Birmie miejsce, gdzie mozna obserwowac poranny posilek klkuset mnichow, standartowo w prawie kazdym miasteczku mozna obejrzec mnichow idacych w dlugim szeregu i zbierajacych datki do swych metalowych naczyn , ale tu w Amarapura jest inaczej, w okolicznych klasztorow zbiera kilkuset mnichow ktorzy na dzwiek gangu w dlugim ogonku kolejno zajmuja miejsca w duzej sali a nastepnie wspolnie spozywaja posilek, , stalem na obrzezu sali, i obserwowalem w ciszy z jakim namaszczeniem traktuja ten rytual, czasem tylko mlodsi niesmialo usmiechali sie znad swojego talerza , po okolo 20 minutach tak szybko jak zapelnili te sale, tak szybko ja upuscili rozplywajac sie wsrod okolicznych budynkow , pozniej obejrzalem kilka ciekawych klasztorow i pagod w okolicy , by przed zachodem wrocic w okolice slynnego drewnianego mostu w Amarapurze ktory jest dlugi na ponad 1200 m i laczy przez jezioro dwie wioski, wynajolem lodke i poplynolem przed zachodem zdluz mostu, by podziwiac fantastyczny zachod slonca,
most jest swego radzaju promenada , , mozna tu obserwowac ludzi, niespiesznie podazajacych z jednej strony jeziora na druga, czesc z nich spedza na moscie caly dzein, prowadzac tu swoje galeryjki z dobrymi akwarelkami , wszyscy sa bardzo zyczliwi i chetnie nawiazauja rozmowe, wiec przejscie mostem wymaga bardzo wiele czasu, coz Birmanczycy maja go bardzo duzo stad pewnie to zamilowanie do rozmowy .
wieczor oczywiscie standartowo w mandalajy spedzam z Tenzim, ktory opowiada mi o swojej rodzinie, pracy, i zaprasza mnie na kolejny wieczor do domu na kolacje, ktora ma przygotowac jego zona . z grzecznosci nie odmawiam, i jestem ciekaw , bo to moje pierwsze doswiadczenie tego typu w Birmie .