Jedynym minusem pobytu w Lamayuru jest to, ze niedosypiam. Mam pewne klopoty ze snem , pewnie w skutek wysokosci, bo jestem na 3500m . Plusem niedospania byla wczesne wstanie i poranna sesja zdjeciowa o wschodzie slonca . Pozniej poszedlem na medytacje do klasztoru . Niestety byl tylko jeden mnich, do tego ciut zachrypniety , wiec nie nasytroilo mnie to zbytnio. Nie obylo sie bez zabawnej sytuacji. Przysiadlem niedaleko odmawiajacego mantry mnicha, wydawal sie bardzo skupiony , po chwili jednak przerwal , spojrzal w moja strone i rzucil pytanie . Do you have a ticket ? Oniemialem w pierwszej chwili, po czym mowie, ze mieszkam na terenie ich hotelu, ten jednak niewzruszenie wyciaga bloczek i kasuje mnie na 50 rupci , by zaraz po tym wrocic do modlitwy. Hmm, biznes is biznes, sorry Winettou , budda wybaczy :)
po sniadaniu wynajelismy jeepa i zjechalismy droga w dol do Wanli. Poszwedalismy sie po wiosce, a nastepnie poszlismy na treak przez gory i do Lamayuru. Musielismy wspiac sie po drodze na przelecz 3700m, cale szczescie, ze bylo lekko zachmurzone, bo temperatura w kanionie ktorym sie wspinalismy byla teraz trudna do zniesienia. Zblizajac sie do przeleczy pluca mialem na wierzchu, ale widok osniezonych szczytow w oddali rekompensowal wysilek . Zejscie z przeleczy bylo strome ale latwe wiec do Lamayuru dotarlismy wczesnym popoludniem.
Zalapalem sie jeszcze na popoludniowe slonce , a gdy sie schowalo za gorami , poszlismy na pyszna kolacje .
Wstepnie zaplanowalismy ze pojedziemy jutro busem do Alchi , ale wieczorem dopadl na koles z hotelu oferujac miejsca w jeepie , wiec nie musimy sie wczesnie zrywac, mamy pewny tramsport dalej.